NA RAZIE TRACIMY CZAS
(22.01.2008)Rynek Spożywczy Nr 3
Małgorzata Białasiewicz
Rozmowa z Bogdanem Golikiem, posłem do Parlamentu Europejskiego, sprawozdawcą Raportu PE "W sprawie działań informacyjnych i promocyjnych dotyczących produktów rolnych na rynku wewnętrznym i w krajach trzecich"
- Panie pośle, w głosowaniu z 13 grudnia ub.r. Parlament Europejski przyjął, zdecydowaną większością głosów, Pana sprawozdanie z raportu, w którym proponuje Pan zwiększenie środków budżetowych UE na kampanie promocyjne i informacyjne dotyczące żywności na rynku unijnym i w krajach trzecich...
- To głosowanie to oczywiście wypadkowa wcześniejszej, wielomiesięcznej pracy w Parlamencie. Bazą raportu było uproszczenie prawa proponowanego przez Komisję Europejską, czyli scalenie dwóch obecnie obowiązujących rozporządzeń. Jednak poza harmonizacją i uproszczeniem prawa, raport prezentuje bardziej strategiczne podejście do promocji, zawiera wiele nowych elementów istotnych z punktu widzenia całego biznesu żywnościowego, ważnych dla firm i organizacji branżowych. Nie ukrywam, że promocja produktów rolno-spożywczych kuleje nie tylko w Unii, ale także na rynkach trzecich. Środki, które UE przeznacza na promocję, są znikome w porównaniu z tymi, jakie wydatkują np. Stany Zjednoczone.
W 2007 roku budżet unijny na cele promocyjne wyniósł tylko 45 mln euro, przy czym co roku był zmniejszany. Tendencja ta jest tym bardziej zaskakująca, gdy uwzględnimy zarówno zwiększenie liczby krajów Unii Europejskiej, jak i zdecydowany wzrost ogólnego zainteresowania omawianymi działaniami. Taka polityka nie może efektywnie wzmocnić pozycji Wspólnoty i rozpoznawalności europejskich standardów jakości żywności, w szczególności na rynkach krajów trzecich.
- Do jakiego poziomu postuluje Pan wzrost tych środków?
- One powinny wzrosnąć przynajmniej do kwoty 500 mln euro...
- Czy to jest realne?
- W tej perspektywie finansowej nie jest realne. Możliwe są natomiast przesunięcia w ramach corocznych korekt niewykorzystanych środków w budżecie Unii. Jeśli uświadomimy sobie, jakie będą redukcje wsparcia unijnego związane ze skutkami negocjacji na forum WTO - i jak duże będą, w związku z tym, cięcia budżetowe w ramach tych środków - i to nie w dalekiej perspektywie, ale do 2010 roku, kiedy to m.in. planuje się 50-procentową redukcję środków wspierających eksport żywności - to czy nie moglibyśmy chociażby 10 procent z tych właśnie miliardów euro przeznaczyć na promocję europejskiej żywności...?
- Co jeszcze ten raport zmieni w sprawach promocji?
- Dotychczasowy system promocji nie pasuje do dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, do realiów gospodarczych, do chęci zdobycia przez producentów żywności w Europie nowych rynków zbytu, takich jak Chiny, Indie czy Rosja. Jest także nieadekwatny do tego, w jaki sposób konsumenci UE powinni być informowani o walorach i jakości europejskich produktów. Gdy weźmiemy pod uwagę rozwój negocjacji wielostronnych na forum WTO, a także zmiany w uwarunkowaniach funkcjonowania Wspólnej Polityki Rolnej do 2013 roku, w tym m.in. zniesienie wszystkich form subsydiowania eksportu, to trzeba dostrzec, że tylko promocja jest w stanie utrzymać konkurencyjność eksportową unijnej żywności i pobudzać na nią popyt. Jednocześnie nie powoduje zaburzeń konkurencji na rynkach i nie wpływa negatywnie na światową wymianę handlową. Dlatego nie można dopuścić do marginalizacji znaczenia promocji, a wręcz odwrotnie - należy ją przyjąć za priorytet Unii Europejskiej.
Do realizacji tak ambitnych celów potrzebne są stosowne środki, dlatego postuluję ich radykalny wzrost. Uważam także, że udział finansowy Wspólnoty powinien zostać zwiększony z progu 50 do 60 proc. rzeczywistych kosztów programów promocyjnych i informacyjnych.
Proponuję także obniżenie do 10 proc. minimalnego wkładu organizacji branżowych w finansowaniu tych programów, aby stworzyć mniejszym organizacjom szansę skorzystania z tego mechanizmu. Postulaty branżowych organizacji żywnościowych, które mocno wspierały mnie w pracach nad raportem, były jednoznaczne. O promocji nie powinna decydować wąska grupa urzędników. To powinien być proces jasny i klarowny, oparty na czytelnych przepisach. Programy powinny być powszechnie dostępne, bardziej elastyczne. Włączenie wszystkich produktów oraz wszystkich krajów, a także umożliwienie organizacjom składania programów, co najmniej dwa razy do roku, pozwoli na szybkie reagowanie na pojawiające się szanse rynkowe oraz możliwości ekspansji produktów w krajach trzecich. Promocja może i powinna potencjalnie dotyczyć wszystkich krajów na świecie.
W obecnym systemie KE jest panem i władcą, decydującym o tym, czy przeznaczy środki finansowe dla danej organizacji, czy też nie. A przecież to przedsiębiorcy wiedzą najlepiej, gdzie mogą eksportować.
- Czy w dalszej perspektywie, w warunkach pełnej liberalizacji handlu, żywność "made in Europe" ma szanse utrzymać konkurencyjność na rynku światowym?
- W raporcie celowo wprowadziłem hasło żywność "made in Europe", aby pobudzić wyobraźnię polityków i decydentów w UE i skłonić ich do zastanowienia się nad tym, jak wspólnie wypromować taką markę. W gospodarce globalnej naprawdę małe znaczenie ma nawet bardzo duży, ale pojedynczy kraj Wspólnoty - ginie w konkurencji z takimi kolosami, jak Chiny, Indie, Australia czy Brazylia.
Większy sens i większą efektywność będą miały wspólne działania całej Unii promujące markę "made in Europe". Chiny i Indie nie będą samowystarczalne żywnościowo, trzeba o tym pamiętać. Będą zawsze potrzebowały zdrowej, przetworzonej żywności. To na tych rynkach Europa może ulokować nadwyżki swojej żywności, nie zbóż i mięsa, ale właśnie przetworzonych produktów.
W Chinach i Indiach Polska także miałaby duże problemy z wykreowaniem własnej marki żywności "made in Poland", dlatego byłoby dobrze, gdybyśmy wspierali się w tych działaniach w ramach całej Wspólnoty. Marka "made in Europe" funkcjonuje już na światowym rynku żywności i dobrze kojarzy się z winami, mięsem, masłem, także innymi produktami.
- Czy nie wydaje się Panu, że w tym wspólnym worku "made in Europe" masło fińskie i tak będzie konkurować z masłem polskim, a polskie mięso będzie walczyć o rynek z mięsem duńskim? Czy tak pojęta idea wspólnych działań promocyjnych, w dobie drapieżnej konkurencji rynkowej, nie jest jednak utopią?
- Drapieżna konkurencja jest na europejskim rynku żywności, zaś na rynkach tak wielkich, jak Chiny i Indie, podaż nie nadąża za popytem, a żywność marki "made in Poland" czy "made in Holland" stanowi margines... Jeżeli chcemy być tam widoczni i konkurencyjni, musimy połączyć siły w Europie i wykreować wspólną markę żywności. Ja widzę taką drogę - i w niej poczytuję dużą szansę dla europejskiej żywności. Europa nadal powinna specjalizować się w produkcji żywności.
- Produkcja żywności może być naszą narodową specjalnością. Czy, Pana zdaniem, branża żywnościowa w Polsce jest tak traktowana?
- Absolutnie nie jest, nikt tego nigdzie nie określił. W kwestiach promocji Polski od dawna mamy problemy z uświadomieniem sobie, co jest naszą marką narodową. Już dawno powinniśmy to zrobić tak, jak wiele innych krajów rozpoznawalnych na świecie po określonych markach. Japończycy kojarzą nam się z branżą IT, Finowie z Nokią, Niemcy z dobrymi samochodami, Francuzi z szampanami i winami. Hiszpania, jeszcze niedawno biedna, dzisiaj jest już postrzegana jako kraj turystyczny, niezwykle atrakcyjny dla inwestorów.
Musimy w końcu określić, z czym chcemy utożsamiać Polskę, jaką markę powinniśmy wypromować, z czym Polska powinna się kojarzyć? Moim zdaniem, powinna to być właśnie żywność, nasze narodowe dobro.
- Do tego konieczna jest polska strategia promocji - kto ją powinien określić?
- Premier, rząd, decydenci - to powinna być strategia narodowa na wiele lat, z określonymi drogami rozwoju i określonym budżetem, jej powinna podlegać także praca wydziałów ekonomicznych polskich ambasad na całym świecie, a premier Polski wszelkie sukcesy w Brukseli powinien opijać polską wódką lub miodem pitnym. Myślę, że premierowi Francji nie przyszłoby do głowy opijać sukcesów czymś innym niż francuskim szampanem lub francuskim winem...
Na świecie różne kraje mają różne sposoby budowania strategii promocji. Sprawdzają się zarówno te pomysły, gdzie zleca się przygotowanie takiej strategii agencjom narodowym, jak i te, gdzie nad jej zbudowaniem i realizacją czuwają agencje zewnętrzne i ludzie profesjonalnie zajmujący się promocją.
- Może promocją w Polsce powinni się w końcu zająć profesjonaliści...
- Myślę, że tak. Jest tylko pytanie, ile to będzie kosztowało...
- Brak pieniędzy to nie jedyna bariera. Wally Olins kilka lat temu podjął próbę zbudowania strategii promocji Polski... i po pewnym czasie złożył broń. Jako największy problem Polaków i barierę nie do pokonania określił brak chęci i umiejętności do współpracy...
- Jego praca nie spotkała się z zainteresowaniem ówczesnych decydentów, rządu i administracji. W kwestii promocji Polski i żywności musimy zacząć od odpowiedzi na pytanie: czego chcemy? Mam wrażenie, że chyba wciąż tego nie wiemy... Nie mamy strategii i na razie wciąż tracimy czas. Kłócimy się, nie współpracujemy, przez co nie jesteśmy w stanie nawet skorzystać z unijnych pieniędzy na promocję.
- Nie brzmi to optymistycznie...
- ... i na razie nie może. Musimy wiele zmienić. W ważnych dla branży żywnościowej sprawach organizacje branżowe i ich przedstawiciele muszą twardo uderzać w stół i domagać się od ministra rolnictwa i rządu czytelnej polityki i konkretnych decyzji.
źródło: (22.01.2008)Rynek Spożywczy Nr 3